Prawdziwa Barka, albo się nią płynie, choć wpłynąć można na mieliznę lub rafy, albo…albo tonie , idzie się gwałtownie lub powoli na dno. Ile takich życiorysów, ile takich historii w dziejach drezdeneckiej Barki?!

Kiedy wchodzi się do Domu Wspólnoty Barka przy ulicy Chrobrego, odnosi się wrażenie, że niczego tu ludziom w niej przebywającym, nie brakuje. I prawda, i pozory. Prawda, bo wreszcie są to nie tylko mury, a miejsce na ziemi, ale przecież nie ma rodziny, najbliższych, za to jest bagaż spraw trudnych i smutnych, jakże często tragicznych nawet. Nie brakuje tu ludzi mimo wszystko szczęśliwych, którzy tutaj wreszcie znaleźli przystań, miejsce dla siebie, często miejsce ostatniej szansy na w miarę normalne życie. W ścianach, o które należy dbać – właśnie jeden z mieszkańców maluje maleńki pokoik z ukośnym okienkiem, z którego co prawda niewiele widać, ale jest. A nie każdy je ma. Inaczej. Wszyscy, każdy z tych ludzi, bez wyjątku w pewnym momencie utracili swój „kawałek podłogi”. I sufitu też. Wszystkich dopadła bezdomność. Dała radę się osiedlić, bo robili wszystko, żeby tak się stało. Przede wszystkim pili.

Tu są ludzie, 99,9 % ludzi uzależnionych od alkoholu, chorych na alkoholizm – mówi Marianna Mazan przewodnicząca Rady Fundacji.

Siedzimy w pokoju na parterze, drzwi otwarte, bo trzeba mieć baczenie na wszystko. Okna wychodzą na ul. Chrobrego. Tu, w tym pokoju przed laty zastać było można niemal zawsze Grzegorza Niewolnego ( od kilku lat nie żyje), który sam bezdomny na własne życzenie, wziął w pewnym momencie Barkę na swe barki. Jak dziś Marianna, która współpracowała z nim od…zawsze. Jest jeszcze Zarząd – prezes Justyna Moroz i dwóch członków zarządu. Wszyscy spoza Barki. Tak jest lepiej, choćby z tej prostej przyczyny, że rotacja w domu jest duża. Nie widać tego, bo budynek zadbany, pokoje wysprzątane, w łazience czyściutko. Choć meble najczęściej z odzysku, z drugiej ręki, ale solidne i potrzebne, by zmieścić w nich cały swój dorobek.

Marianna śmieje się. Jest tu jedyną emerytką i w dodatku prowadzi biuro. Biuro. Nie tak sobie wyobrażamy biuro. To raczej przypomina sklep, w którym sprzedaje się i mydło , i powidło. Ale tu potrzebne jest wszystko. Nie na stałe, zaraz stąd wyjadą paczki, a w nich buty, słodycze, ubrania…Znajdzie się ktoś, kto z chęcią zabierze ze sobą do pokoju lub do własnego domu, gdzie bieda, wszystko, co tu otrzymają, bo potrzebują.Sterta kartonów z rzeczami niezbędnymi, w kartonikach buty, na stołach sterty wypranych i wyprasowanych, pachnących czystością ubrań.

Członkiem zarządu jest też Alicja Wawrzyniak, uśmiechnięta z błyskiem radości w oczach zaprasza na obiad- dziś zupa szczawiowa z jajkiem. Pycha. Szczaw swój, rośnie w pobliżu. Co drugi dzień to, co najbardziej oczekiwane- drugie danie, schabowy z kapustą. To marzenie łatwo spełnić. Żeby tak spełnić się dało resztę. Bo przecież każdy o czymś marzy. Tylko, marzeniom trzeba pomóc. Kiedyś udało się Andrzejowi i Ewie, Dziadkowi…kilku innym. Bo najważniejsze, by w Barce utrzymać się na powierzchni, to nie pić. Ale to trudne. Choroba nie ułatwia życia. Znów kilku opuścić musiało Barkę. Wypadli za burtę. Piotrek. Młody, z trudnym życiorysem. Jeszce podczas mojej rozmowy z Marianną zadzwonił telefon. Trzeba mu pomóc. Zadzwoniła pani Hania z Ośrodka Pomocy Społecznej. Jest, przyszedł, nie ma odwagi iść od razu do Barki, szuka pomocy…I znalazł kolejną szansę. Jest dla niego miejsce, ale wszyscy zdają sobie sprawę,że do kilku razy sztuka. Już może Barka nie otworzy przed nim drzwi kolejny raz. Co wtedy zrobi? Może to samo, co jego ojciec Stanisław, Staszek, przystojny chłopak po zawodówce modelarz, odlewnik. Życie go zgniotło. Teraz jego syn walczy o przetrwanie, o życie, o szansę… Oby wytrwał. Pójdzie stąd na terapię.

Jakże łatwo włożyć barkowiczów do jednego worka, orzec, że to alkoholicy, bezdomni z wyboru, wraki poobijane o rafy. Często tak jest. Jednak człowiek potrzebuje pomocy, czasem musi osiągnąć dno, żeby się odbić.

Po dwóch tygodniach terapii wytrzymuje jedna piąta, z dwudziestu tylko czterech. Ale to nie oznacza, że nie należy próbować.

Wchodzi Janusz. Niewidomy. Wspaniały muzyk i ciepły człowiek, też po przejściach, ale nie alkoholik, nie pił nigdy, choć w domu alkohol lał się strumieniami. Tu ma swoje miejsce, komponuje piosenki, śpiewa teksty innych, umila każdy wieczór, imprezę przy ognisku. Wita się zadowolony. Znamy się. Rozpoznaje ludzi po krokach, perfumach, głosie, pomaga w kuchni, pełen energii i ciepła. Cieszy się , jak inni, bo – jeśli się uda- pojadą nad morze, na jeden dzień. Marzenie.

Skąd bierze się bezdomność? Przyczyn jest wiele. Wszechobecny alkoholizm, eksmisje, ale czasem komuś powinie się noga, znajdzie się w więzieniu za drobne nawet przestępstwo, a żona wniesie o rozwód, nie ma dokąd wrócić.

Jeśli ktoś myśli nadal, że to mu nie grozi, myli się. Wystarczy niefortunne zachowanie, nawet podżyrowanie komuś pożyczki, której tamten nie spłaca, utrata pracy, choroba bliskich, wypadek, więc nie mówmy, że w Barce są alkoholicy, którym nie warto pomagać, bo po krótkim okresie abstynencji i tak wrócą do nałogu. To nie jest takie proste. To nie jest oczywiste. To nie jest szablon.

Ci, którzy muszą opuścić Barkę, nie mają dokąd pójść. Jednak regulamin jest jednoznaczny, jasny, przyjęty i musi być realizowany. Czasem pomocna jest Policja, bo delikwent, który go złamał otrzymuje tylko godzinę na opuszczenie domu, bywa,że mu się to nie podoba, że się awanturuje, bo opary alkoholu jeszcze nie odeszły w przeszłość, ale już uruchomiła się świadomość i pojawiło pytanie: – Dokąd pójdę?

Po obiady przychodzą też mieszkańcy miasta, tanio, warto, zwłaszcza ulga dla tych, którzy nie mają czasu gotować, albo u nich bieda. Schab, ryby, żeberka, śledzie, kasza, ryż z potrawką, kurczak, surówki…

Od dziesięciu już lat Barka uczestniczy w programie Ministerstwa Sprawiedliwości z zakresu pomocy ludziom opuszczającym więzienie Najtrudniejszy Pierwszy Krok. Na czym to polega? Trzeba przyjąć do domu określoną ilość osób po odbyciu przez nich kary więzienia. Ale też należy wysłać 200 paczek do zakładów karnych, dla konkretnych więźniów, którzy „ składają zamówienie” , na przykład na dres, spodnie, slipy, podkoszulki, szczotkę do zębów, artykuły higieniczne, papierosy…Jest z tym trochę komputerowej roboty, ale świadomość, że ktoś tam gdzieś daleko, na tę paczkę czeka, dodaje animuszu i robi się wszystko, żeby zamówienie dotarło na czas. Nietrudno ujrzeć oczami wyobraźni uśmiechniętą twarz więźnia, któremu wreszcie ktoś przysłał paczkę.

Marianna jest niezwykła, a cóż w niej takiego niezwykłego? To, że Ona chce tu być, ma swój dom, męża , dzieci, wnuki, ale wiele godzin każdego dnia, wiele myśli i działań oddaje ludziom wykluczonym, tym, którym się w życiu wiele nie udało, są poza marginesem normalności.

-Mam hobby, chcę być z tymi, których nikt nie chce – mówi i uśmiecha się tajemniczo zielonymi oczami zza okularów.

-Chcesz zobaczyć dom?- pyta.

Bardzo chcę- bo tu przed wielu laty bywałam, przyprowadzałam swoich uczniów – jak się zmienił, co mieszkańcy zmieniający się często, uczynili dla siebie wzajemnie. Kto jeszcze jest? Jest pani Józia, która właśnie przyszła na obiad i już usiadła za stołem. Kuchnia taka sama, nic się w niej nie zmieniło, choć gra tu wielka wieża a i kuchenki gazowe nowoczesne.

Oglądam z ciekawością. Jak było, jak jest? Na pewno ładniej, bardziej bogato, centralne ogrzewanie, nowocześniej, łazienki lepiej wyposażone, mniej ludzi, nie ma ciasnoty.

Na zewnątrz też wiele się zmieniło. Zadbany dom, ładna elewacja, piękne klomby z kwiatami przed domem, a właściwie w fosie, z boku, za to do ogrodu trzeba iść pod górę, po schodach, czego w nim nie ma? Jest wszystko do obiadu, praca też, bo o ogród należy dbać i pielęgnować go.

Pracują – praca zlecenie, te obowiązki lubią, bo mieszkańcy Drezdenka już wiedzą, że jeśli trzeba przekopać ogródek, wnieść meble, porąbać drewno, wrzucić węgiel do piwnicy, to jak w dym udać można się do Barki. Nawet poprosić, by przyszedł ten sam pan, co poprzednio, bo spisał się doskonale, a drogo nie było.

Ludzie tu różni. Jedni łapią swa ostatnią szansę, żyją tu spokojnie, choć bez najbliższych, bo często rodzeństwo czy dzieci już dorosłe zapominają o swych bliskich, może się wstydzą, a może są okrutni, może doznali kiedyś tyle krzywd, że nie potrafią wybaczyć podłego dzieciństwa, łez, głodu i chłodu emocjonalnego. Może.

Jednak Barka jest dla ludzi. Dla tych, którzy tu znaleźli swój port i już niczego w życiu nie zmienią, także.

Spójrzmy na nią z innej perspektywy, bez uprzedzeń. To miejsce dla ludzi, którzy usiłują żyć inaczej, godnie, jednak nie zawsze uda im się płynąć z prądem.

Prawdziwa Barka. Trzeba do niej się dostosować, nauczyć się nią sterować i ją zrozumieć, by nie osiąść na mieliźnie, by nie pójść na dno.

Danuta Zych