Gdyby historia była wielokątem…

Gdyby historia była wielopiętrowym domem z piwnicą i przestronnym strychem… Nie jest, ale w jej zakamarkach, jak w tajemniczych miejscach ludzkich siedzib, zawsze czają się niedopowiedziane fakty. Czasem po wielu latach wypływają niespodziewanie i wtedy coś potwierdzają, lub czemuś zaprzeczają. Pamiętacie pamiętnik Rutki Laskier, który dopiero niedawno ( Będzin, 2008), niemal siedemdziesiąt lat po wojnie, potwierdził to, co znamy z odkrytych tuż po wojnie pamiętników Dawida Rubinowicza czy Anny Frank. Czy jesteśmy w stanie stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że już wszystko zostało odnalezione, czyjeś zapiski, relacje, sprawozdania z tego, co się przeżyło, co zobaczył człowiek, który musiał się z tym podzielić, nawet tylko przekazać zwykłej kartce papieru czy szaremu szkolnemu zeszytowi to, co nie dawało mu spokoju, a było widziane jego oczami? Nie mógł o tym zapomnieć, bo było zbyt silnym przeżyciem, by o nim nie myśleć, zepchnąć do bezmiaru niepamięci.

Takie wspomnienia znalazła w domu kupionym od Ryszarda Nojiego, syna Józefa, znakomitego sportowca i patrioty Małgorzata Nowak, która – ponieważ strych bezgłośnie zapraszał do poszukiwań, mieszkała w nim bowiem żona Józefa Nojiego, polskiego biegacza olimpijczyka, który zginął w Oświęcimiu – odpowiedziała na wezwanie, zajrzała tam i porządkując go, jednocześnie szukała unikatowych pamiątek. Strych nie zawiódł, ale poza dokumentami dotyczącymi znanego wybitnego sportowca i prawdziwego patrioty, ofiarował potomnym jeszcze coś. Są to wspomnienia Kazimierza Ryżewskiego, drugiego męża Ireny Noji Ryżewskiej. Pamiątki i dokumenty dotyczące Józefa Nojiego znalazły- za zgoda rodziny olimpijczyka- miejsce w Izbie Pamięci przy Szkole Podstawowej w Pęckowie, skąd Józef pochodził, natomiast Kazimierz, ojczym Ryszarda , początkowo opowiada o swej wsi, jej położeniu, zajęciach ludzi, sposobach gospodarowania, zwyczajach, by później wkroczyć na wiele trudniejsze ścieżki, są to stosunki ukraińsko- polskie w trudnych latach wojennych, powojennych i wreszcie repatriacja.

Posłuchajmy, co Kazimierz, niegdyś mieszkaniec Ukrainy, Polak, ma do przekazania nam wszystkim na 13 stronach swych wspomnień.

Zapamiętajmy też starą prawdę,że wspomnienia ludzi, choć przecież w dużym stopniu subiektywne, mają wartość dokumentu. Aby tak było w jeszcze większym stopniu, tekst – pisany na maszynie- podajemy w oryginalnej postaci, także pisowni, bez najdrobniejszych nawet zmian.

Niestety, nie wiemy, kiedy, w jakich latach autor wspomnień spisał je dla nas- potomnych, jak sam się wyraził, możemy jedynie się domyslać, gdyż nie ma ten dokument żadnej daty, która by to niezbicie nam oznajmiała. Może żyje jeszcze ktoś, kto te wspomnienia i zapisy uzupełni? Co prawda ich autor Kazimierz Ryżewski urodził się już w 1909 r., dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia, ale przecież skoro znaleziono wspomnienia, będące jego przesłaniem skierowanym do potomnych, może i na strychu innego domu, być może w innym niż Drezdenko miejscu, odnalazł- odnajdzie ktoś zapiski kogoś sobie bliskiego i zechce się tymi dokumentami z nami podzielić? Niemożliwe staje się czasem możliwe.

Danuta Zych

Małgorzata Nowak

1

Moje wspomnienia!

Do napisania tych wspomnień skłoniła mnie chęć utrwalenia i przekazania potomnym moich niektórych uwag i spostrzeżeń, które mi się nasunęły w ciągu mojego życia. Dlatego postanowiłem je opisać mimo braku odpowiednich kwalifikacji i zdolności.

Na wstępie pragnę opisać moją rodzinną wieś Rosochacz, która położona jest na rubieży byłych powiatów Kołomyja i Horodenka. Nazwa tej wsi jest trudna do wyjaśnienia. Pierwszy człon nazwy tej miejscowości pochodzi od rosy, jakiej chyba nie brakowało na tych urodzajnych polach tej miejscowości. Zaś drugi człon tej nazwy pochodzi od słowa chaty a w słownictwie polskim można ukuć nazwę z tych członów „ rosochaty”. Dużo w tej wiosce rosło rosochatych wierzb, które okresowo były obcinane z gałęzi co powodowało, iż powyższe wierzby miały wygląd głowiasty.Pozyskiwane gałęzie wierzbowe były zużywane do budowy płotów ogradzających poszczególne obejścia gospodarskie…

Przemierzając auto-stopem z mej rodzinnej wioski do powiatowego miasta jaką była Kołomyja skróconą drogą przez mogiłki i wieś Podhajczyki trzeba było przejść pieszo około 23 km. Trase powyższą pokonywałem w ciągu 3-ch godzin a może i krócej bo nie miałem wówczas zegarka. Po przebyciu tej drogi nie czułem się zmęczony.

Krajobraz mej wsi od strony południowej zamykał się panoramą gór karpackich pokrytych ciemnozielonymi lasami. Wieś Rosochacz położona jest na mocno sfałdowanym płaskowyżu i pagórkowatym terenie. Widzialne na widnokręgach z odległości kilku kilometrów wzgórza i wzniesienia miały nast. Nazwy Bałki, Mogiłki i Ostra Mogiła. Uprawiane pola i niwy miały również swoje nazwy następujące: św. maria, Jana, Rudki, Kraśnica, Łysa góra, Czerniatyn i Łaniska.

Nazwana wyżej wieś graniczyła i sasiadowała od strony wschodniej z Winogradem, od strony południowej z Pruchniszczem, od zachodu z Dżurkowem, Hańczarowem i Bałahorówką, zaś od strony północnej z Czortowcem i Ostrowcem.

Z lotu ptaka grunty uprawiane przez chłopów wyglądały jak mozajka pasków i paseczków natomiast pańskie łany należące do dziedziców stanowiły większe kompleksy gruntów łączących się z sobą.

Nadmienić wypadae Rosochacz położony jest w odległości około 10 km na południowy wschód od Obertyna tej historycznej miejscowości pod którą stoczony został zwycięski bój przez rycerstwo polskie nad wojskami hospodara mołdawskiego ze zdobytych tam armat odlany został dzwon Zygmunta.

2

Przez wsie Rosochacz i Winograd płynie spokojna przez większą część roku rzeka Czerniawa. Nazwa tej rzeki pochodzi od ciemnego dna i koryta tej rzeki które nadaje jej czarnoziem, zaś woda w tej rzece jest czysta. Niepokaźna ta rzeka wpadająca w okolicach Zabłotowa do rzeki Prutu była pełna ryb i raków.

To stwierdzaliśmy podczas częstych połowów ryb i raków dokonywanych podczas wakacji szkolnych przypadających na miesiące lipiec i sierpień. Te połowy były organizowane przez naszego ojca Zygmunta Ryżewskiego kierownika miejscowej szkoły podstawowej który był zamiłowanym myśliwym i rybakiem.

Podstawowym sprzętem dołowienia ryb był sak, który był gęsto splecioną siatką z ogonem naciągnietym na kabłąku. Do łowienia raków używany były pręty wiklinowe na końcu którego były przywiązane żaby jako przynęta.

Raków było wbród a wśród nich trafiały się duże okazy z dziwacznymi nieraz szczypcami, które po ugotowaniu były kolekcjonowane przez mego brata Tadeusza.

Wielogodzinne wyprawy rybackie wykonywałem wspólnie z moim przed-wcześnie zmarłym ciotecznym bratem /kuzynem/ Romkiem Semeniakiem z którym byłem bardzo zaprzyjaźniony jako moim rówieśnikiem.Dokonując tych połowów przez kilka lat z rzedu zaprawiliśmy się dobrze w tym fachu.

Przynosiliśmy z tych połowów nieraz kilkanaście szczupaków sporo kleni/ kliny /, złociste karasie, srebrne płocie a czasem okonie. Trzeba nadmienić iż w Czerniawie okresowo moczono konopie które stanowiły podstawowy surowiec do wyrobu sposobem chałupniczym bielizny i pościeli. Powyższe moczenie konopi zatruwało wodę w tej rzece powodując masowe wyginięcie drobnych ryb i większej. Częstym zjawiskiem tego zatrucia wody w tej zrece były pływające masowo na powierzchni tej rzeki ryby z otwartymi pyszczkami pragnącymi zaczerpnąć łyk powietrza, Mimo tej masowej zagłady stany ryb w Czerniawie z wiosną następnego roku uzupełniały się.

Powracając do wspomnianych konopi trzeba stwierdzić że były one sadzone i uprawiane przez wszystkich mieszkańców tej wsi, gdyż to był podstawowy surowiec jak wspomniałem do wyrobu bielizny osobistej i pościeli. Powyższe konopie miały wiotkie i delikatne łodygi i rosły w dużej gęstwinie. Działki pod uprawę konopi były odpowiednio nawożone i uprawiane w celu pozyskania szlachetnych odmian tych roślin.

W uprawach masowo sadzonej przez ludność kukurydzy rosły pojedynczo wysokie i grube konopie z których pozyskiwano łyko do wyrobu powrozów zaś nasiona tych roślin do wyrobu oleju służącego

3

do kraszenia ciepłej strawy. Olej z nasion konopianych, słoneczników i harbuzów pozyskiwany był w olejarniach urządzonych sposobem gospodarczym własnym pomysłem. W tych olejarniach tłoczono olej i makuchy.

Natomiast wyrób płótna dokonywany był w miejscowych warsztatach tkackich na krosnach ręcznie nawijanych z nici wyprzędzonych z pasm konopianych. Owe nici były wyprzędzone ręcznie w długie wieczory jesienno- zimowe przez niewiasty i dziewczęta . Pod względem odzieży osobistej mieszkańcy wsi byli samowystarczalni , gdyż jak wspomniana bielizna i pościel były wytwarzane z płótna wyrobionego przez warsztaty tkackie. Cieplejsza odzież jak serdaki i męskie spodnie wytwarzane były z owczej wełny, zaś kożuchy wytwarzane były ze skór baranich przez miejscowych kuśnierzy. Te kożuchy były wyprawiane na biały kolor a używane do wyprawy środki garbnicze pozostawiały ostry niepzryjemny zapach i odór.

Patrząc na ubiory mieszkańców poszczególnych okolicznych wsi można było łatwo ustalić z której wioski dana osoba pochodzi gdyż zarówno kapelusze jak i zwierzchnia odzież miały specyficzne ozdoby i guziki którymi mieszkańcy różnili się między sobą.

Letnią porą mężczyźni nosili kapelusze wyplatane ze słomy które w miejscowym narzeczu nazywano „ zubczyk”. Letni strój mężczyzn stanowiły biała zgrzebna koszula i takie spodnie. Wszystko to wskazuje o panującym u tych ludzi zapobiegliwości życiowej i organizowaniu swych warunków bytowych stosownie do istniejących możliwości twardej rzeczywistości.

Nadmienić wypada że te zgrzebne koszule były upiększane kolorowymi wyszywankami, które pięknymi wzorami zdobiły rękawy kołnierzy tych koszul . W dni niedzielne i święta porą letnią ludzie ubierali się w odświętną odzież, ltóra odznaczała się wielką czystością i bielą. Opisany przeze mnie folklor istniał nieprzerwanie za czasów państwowości polskiej do wybuchu II- giej wojny światowej, która wyparła z faktycznego użycia i stosowania ten strój. Opisaną odziez z konieczności zastąpiła kufajka i watowane spodnie oraz brezentowe buty jeśli można było je nabyć.

Trudno jest ustalić ile wieków taka moda ubiorów wiejskich panowała niepodzielnie na wsi b. Małopolski wschodniej ten porządek i wzory pochodzacy z Bizancjum przeszedł do historii tamtych stron wraz z sierpem i cepem.

W moim dzieciństwie słuchałem pieśni śpiewanych przez niewiasty zatrudnione przy plewieniu kukurydzy / sapanie/ z której przemawiała historia z dziejów magnata polskiego pana Kaniowskiego znieważając „ bodniariwnę” został przez nią spoliczkowany , co ściągnęło gniew i zemstę tego pana życia i śmierci swej poddanej.

4

Poza tym mocno w mej pamięci utkwiły zabawy młodzieży w okresie Świąt Wielkanocnych. Te zabawy odbywały się na placach kościelnym i cerkiewnym i trwały przez trzy dni przy biciu wszystkich dzwonów. Bawiła się młodzież spiewając swe tradycyjne pieśni, które w języku ukraińskim brzmiały nast. Fragmenty: Coś ty Nastko robiła jak dąbrowa się paliła z cerkwi wodę nosiła i dabrowę gasiła.

Potem śpiewano jedzie , jedzie Zelman, Zelmanowa i bratowa cała rodzina , jedzie Zelman i Zelmanowa wiezie klucze od kościoła.

Z piesni tej wynikałoby ,iż Zelman opródz karczmy miał również klucze od kościoła. Na podstawie tej wieści gminnej trudno jest wyjaśnić i ustalić na jakich warunkach to powiązanie układało się ale nie ulega wątpliwości że takie powiązanie było.

Utkwiło mi w pamięci święcenie wielkanocnej pasni, wędlin i pieczywa co odbywało się bardzo uroczyście Mieszkańcy wsi stali dookoła kościoła przy swoich koszyjkach z których widniała duże bułki, kołacze, kiełbasa i pisanki.

Przyniesione do poświęcenia święconki były jednocześnie dowodem zamożności i bogactwa mieszkańców.

Na omówienie zasługuje nast. Sprawa , iż do kościoła przychodzili na mszę mieszkańcy wsi wyznania rzymsko- katolickiego którzy stanowili prawie połowę mieszkańców tej wsi, którzy uważali się za polską ludność, chociaż w domu rozmawiali po ukraińsku. W kościele modlili się i śpiewali pieśni nabożne po polsku.Więc kościół spełniał misję i rolę ostoi polskości na kresach wschodnich Polski.

Nie jest to stwierdzenie gołosłowne odnośnie krzewienia polskości wśród tamtejszej ludności przez kościół rzymsko- katolicki, gdyż znajduje to potwierdzenie w patriotycznej postawie i przychylnym odnoszeniu się do państwowości polskiej przez nast.mieszkańców wsi : Rutkowskich, Łazanowskich, Wałowskich, Szewczuków, Bachmatiuków, Sabadachów, Slipenczuków, Marcyniuków, Giurgów i innych.Mieszkańcy wsi wyznania grecko- katolickiego zaliczalisię do ukraińców których nazwiska były nast.: Babijczuk, Bryndzak, Pawluk, Rawluk, Ferłej, Nykipańczuk, Jaśkiw, Mełynyczuk, Kostasz.

Pomyślnie i dobrze rozwijający się przemysł mleczarski w ukraińskim „ Masło- sojuzie” dawał poważne dochody i środki pieniężne na budowę w każdej wsi czytelni „ Proświty”. Wydaje mi się, iż w ten sposób ukraińcy dążyli do uzyskania samodzielnego i suwerennego bytu.Trzeba zaznaczyć , że przemysł mleczarski organizowany przez polską większą własność ziemską nie wytrzymywał konkurencji z Masło- sojuzem, który zrzeszał ogromną ilość indywidualnych dostawców mleka którzy byli solidarni.

5

Polityka narodowościowa uprawiana przez nasze / polskie/ naczelne władze administracyjne nie była dokładnie przemyślana, bowiem na dwa lata przed wybuchem II- giej wojny światowej w celu ochrony i zabezpieczenia państwowości polskiej przed bandytyzmem ukraińskich nacjonalistów spod znaku ONU odnośne władze administracyjne wprowadziły zarządzenia uzależniające nabycie ziemi od zezwolenia włądzy administracyjnej / starostwa/. Powyższe ograniczenia w nabyciu gruntów rolnych obowiązywało w pasie przygranicznym o szerokości 60 km.

To ograniczenie powodowało praktycznie tylko wzrost nienawiści ukraińców i ludności polskiej. Gdyż to utwierdzało w ich przekonaniu ,że odnośne władze administracyjne będą utrudniały nabyciu gruntów rolnych przez ukraińskich nacjonalistów na wzór hakaty pruskiej.

Wspomniane utrrudnienia w nabyciu ziemi przez ukraińskich chłopów właściwie nie spełniło pokładanych w nich nadzieji i tylko spotęgowało ich nienawiść do polskiej ludności na Kresach Wschodnich przynosząc dla ludności polskiej krwawą zagładę z rąk ukraińskich bandytów.Którzy prowadzili swą działalność pod znakiem OUN i UPA/ ukraińska organizacja narodowa i ukraińska powstańcza armia/. Przewodnią myślą i celem tych organizacyj było wymordowanie ludności polskiej , ażeby nie było więcej tytułu i podstawy do powrotu na te ziemie państwowości polskiej. Towarzyszyło przy tym nast. Rozumowanie naród ukraiński to dorodne zboże zaś polacy to ludność napływowa który jak kąkol winien być likwidowany i pleniony.

W/g mnie klucz do właściwej polityki narodowościowej leżał w zagadnieniach ekonomicznych i gospodarczych w postaci uprzemysłowienia tych ziem, któreby umożliwiły zdjęcie nadwyżki z przeludnionej wsi ludności. Poziom życia mieszkańców wsi był bardzo niski podstawowym wyżywieniem była zupa kartoflana z zacierkami i chleb żytni z domieszką mąki jęczmiennej.

Z podanych wyżej powodów wymordowana została rodzina mego brata Stefana w nocy z dnia 24 na 25 – ego listopada 1944roku.

W tym napadzie zastrzeleni zostali : bratowa moja Nusia oraz nieletnie dzieci mego brata : Kazimierz lat 5, córka Irena lat 7 i Zygmunt lat 10, zaś sam brat cudem uniknął śmierci będąc trafiony pierwszym pociskiem. Kula jednak nie przebiła czaszki a jedynie skroń przecinając łukiem pozostawiając 5 cm bliznę.

Uderzenie kuli było tak potężne,iż zwaliło brata z nóg i pozbawiło go przytomności . Po pewnym czasie brat odzyskał prztomność i zdaje sobie sprawę jako lekarz medycyny iż żyje

6

i słyszy iż jego najstarsze dziecko Zygmunt prosi bandytów o darowanie mu życia w odpowiedzi na to dostaje kilka kul, pozostałe dwoje dzieci zostają zastzrelone w śnie. Bohatersko zachowała się bratowa Nusia, która zwróciła się do bandytów z prośbą by nikogo z nich nie zostawili przy życiu.

Brat słyszał charakterystyczne charkotanie swej żony. Z dalszych relacji brata wynika, iż po zakończeniu egzekucji całej rodziny jeden z napastników oddał jeszcze dwa strzały w głowę mego brata z odległości najwyzej 1.5 metra, które trafiły pod głowę mojego brata i tylko silnie podrzuciły dwukrotnie jemu głowę.

Po oddaniu tych strzałów opryszek który świecił lampą rzucił tę lampę na podłogę rozbijając w drobne cząstki przy tym powiedział po ukraińskiu „ przeklęta mazurska krew”.

Podłoga w pokoiku od rozlanej nafty zaczęła się palić. Również rozlana nafta na plecach leżącego brata zaczęła się palić na prawej łopatce wypalając żywcem ciałao na wielkość dłoni.

Pochodzący z palącego się ciała ból znaosił brat z chęci życia za wszelką cenę i tylko nie zdradzał się, że żyje bo byłby natychmiast zastrzelony.

Bandycki charakter powyższego napadu na dom naszej rodziny wynikał z rabunku rzeczy osobistego użytku oraz narzędzi lekarskich które zabrano i załadowano zostały przez bandytów na podstawioną furmankę konną. Wymownym było to,że nawet sweter kazali bratu oddać jednemu z opryszków który zapewnił brata iż nie będzie strzelać do brata i jego rodziny bo krew ich jest niepotrzebna im. Bezpośrednio po tym zapewnieniu dwu opryszków podniosło karabiny i zaczęli strzelać do domowników z odległości 1 metra i nieco dalej. Wobec tego,że brat z przerażenia zaczął niespokojnie się poruszać przeto został ugodzony pierwszą kulą, która przecięła bratu prawą skroń i utraciwszy przytomność padł na podłogę.

Trzeba jeszcze opisać wydarzenia, jakie poprzedziły ten napad. Otóż mój brat Stefan wykonując zawód lekarza medycyny był rozmiłowany w prowadzeniu gospodarki rolnej. Więc dokupił parę morgów urodzajnej ziemi oraz zaprowadził hodowlę bydła miał dwie krowy, cieliczki, maciorę z prosiętami i koze z koźletami. Prowadząc gospodarstwo rolne w porządku obowiązującym w Związku Radzieckim był zobowiązany do odstawienia kontyngentu zboża na rzecz państwa. Tak więc się stało, że w m-cu listopadzie 1944 władze gminne zobowiązały brata do odstawienia pewnej ilości zboża nie pamiętam 100 kg czy może więcej. Zboże to było przechowywane prymitywnie w sieni i widoczne było dla każdego kto wchodził

7

do mieszkania. To oczywiście stanowiło przedmiot zawiści u miejscowej ludności której dokuczał głód jako nierozłączne zjawisko wojny. Podanej okoliczności nie brał brat pod uwagę, gdyż nie miał na to czasu chodził bowiem do pracy w Gwoźdzcu robiąc dziennie 14 km pieszo.

Po otrzymaniu nakazu do odstawienia zboża dla państwa był bardzo tym zaniepokojony i wstrząśnięty, gdyż troszczył się o byt swej rodziny. Dlatego skontaktował się z sowieckim rejonowym komisarzem od tych dostaw i spraw, który był władny i kompetentny do zwolnienia go od tych dostaw. Chcąc zjednać sobie tego komisarza udał się wraz z nim do swego dobrze znajomego sąsiada Mikołaja Ferłeja, który uraczył ich samogonką i dobrą zakąską. Wracając z tej libacji mocno podchmielony brat strzelał z karabinu w powietrze wykrzykując pod adresem banderowców „ banderowcy ja was wszystkich wystrzelam”. Po tym wezwaniu następnej nocy zjawili się bandyci dokonując opisanego mordu brata i jego rodziny.

Bandyci przybyli do domu brata pod przewodnictwem Wasyla Furyka który był długoletnim kumplem i przyjacielem licznych brata trunkowych libacji. On o północy zastukał do drzwi mówiąc: pane doktor otworit to ja Wasyl Furtyk. Stojąca przy drzwiach bratowa słysząc te słowa otworzyła zamykane na skobel drzwi. Wasyl Furtyk do mieszkania nie wszedł tylko miał wyświadczyć tę czynność.

Wchodzący do mieszkania bandyci zapytali bratową, gdzie brat odpowiedziała w Gwoźdzcu. Jednym z prowidnyków tych bandytów był mieszkaniec Ostapkowiec Bydziuk notoryczny złodziej sądownie karany w państwowości polskiej a wówczas przewodnik bandy. On wziął naftową lampę przyświecał sobie i towarzyszom dokonał oględzin pomieszczeń mieszkalnych. Weszli do kuchni gdzie był mój brat który ściągnął kołdrę i schował się pod łóżko. Bandyci zauważyli brata i kazali mu wyjść spod tego prowizorycznego łóżka mówiąc „ wyłaziej skurwysynie”. Wyłażającego spod łóżka brata kopnął w twarz mego brata a powstały z tego kopnięcia sinieć widoczny był na policzku brata przez kilka miesięcy.

Trzeba zaznaczyć że mój brat doznając takiej zniewagi zapytał bandytów za co został kopnięty na to nie otrzymał odpowiedzi.

Mój brat jako lekarz wypełniał swe czynności które nie mogły budzić zastrzeżeń ze strony miejscowych ukraińców gdyż wykonywał swe powinności lekarskie nie czyniąc żadnych różnic w stosunku do ludności raczej żywił sentyment do tej ludności.

Niosąc pomoc ludziom chorym i cierpiącym nie pobierał wysokich odpłatności za swe usługi.

8

W tych okolicznościach trudno mi jest przyjąć by brat swym postępowaniem ściągnął na siebie i swoją rodzinę wyrok śmierci.

Kiedy brat wyłaził spod łóżka zapytany został „ a brat gdzie?” to znaczy ja wówczas brat odpowiedział w Gwoźdzcu . Oczywiście powiedzenie to było niezgodne z prawdą , gdyż ja faktycznie spałem u sąsiada Michała Giurga przy tej samej ulicy czwarty dom od domu moich rodziców. Tej nocy miałem sen- zjawę śniło mi się, że w moją osobę są nacelowane lufy karabinów z tego lęku zacząłem krzyczeć przez sen co ubodziło mego gospodarza który mnie zbudził mówiąc „ co wam paniczu”. Kiedy się obudziłem a spałem w ubraniu i płaszczu nie rozbierając się z zimna i wyszedłem na dwór zauważyłem wzbijający się w niebo słup ognia który początkowo mi się wydał jakby się palił na skraju wsi jednak idąc przez ogrody zobaczyłem iż płonęła środkowa część domu, którego drzwi były na oścież otwarte.

Początkowo myślałem iż może domownicy uciekli i są cali i żywi tymczasem rzeczywistość była inna jaką poprzednio opisałem. Idąc przez ogród bezpośredniego naszego sąsiada Hani Kiszczuk rodzonej siostry Wasyla Furyka zauważyłem iż ona mocno się skrzątała i kiedy mnie zobaczyła mówiła mi żebym tam nie szedł bo w nocy słychać było strzały. Nie wiem skąd miałem tą odwagę może świadomość że w porze dziennej ukraińscy terroryści ukryli się w pewne i bezpieczne miejsca co faktycznie tak było. Kiedy zbliżyłem się do domu stała grupka ludzi ale nikt nie gasił pożaru jedynie spokojnie przypatrywali się wolno spalajacemu się domowi moich rodziców z którego przez okna pokoju wynoszono worki ze zbożem i fasolą.

Obok domu mieszkalnego zbudowane były pod jednym dachem gontowym stajnia i stodoła wchodząc do stodoły zauważyłem, iż przy wejściu leżały trzy snopki wymłóconego zboża. Te snopki wyciągnęli bandyci wchodząc na stertę snopków w poszukiwaniu za moją osobą. Poza tym w stajni krowa miała wybity lewy róg co dowodziłoby, iż jeden z bandytów szukając mnie w żłobie został przez krowę ubodzony za co bandyta uderzył karabinem w ten róg powodując jego wybicie. Z podanych okolicznościach wynika że gdybym wówczas był w domu byłbym niechybnie zginął. Czego jednak uniknąłem dzięki zrządzeniu Opatrzności.

Na przykładzie mego brata można stwierdzić iż cuda dzieją się i w obecnych czasach.Ocalenie bowiem mego brata przypisać należy wielkiej macieszyńskiej miłości naszej matki, która u Stwórcy miała wielkie zasługi jakie zaważyły na szali sprawiedliwości boskiej.

9

Bowiem matka nasza była człowiekiem o wielkim dobrym sercu była bardzo wyczulona na cudzy los i cierpienia i niosła pomoc dla cierpiących ludzi w postaci dawaniu maści, opatrunków i innych posiadanych leków. Przykładnie wypełniała przykazania boskie w stosunku do osób głodnych i spragnionych nigdy nie odprawiała bez pajdy chleba. Z Jej dobrych uczynków wymienić należy uratowanie życia jednemu żydkowi, który dzierżawił dworski sad.

Otóż zdaje się że było to w 1919 roku zajechała przed pański dwór w Rosochaczu konna furmanka, która była załadowana butelkami z wódką i amunicją. Na powyższym konnym wozie siedzieli : wozak w wojskowym mundusze, sotnyk i jego przyjaciółka , która była aktorką i śpiewaczką teatralną, gdyż pięknie śpiewała ukraińskie piosenki. Pijany woźnica uparł się,że chce koniecznie zastrzelić żydka dzierżawcę dworskiego sadu. Pragnąć nie dopuścić do tego matka wybładała u sotnyka by polecił swemu woźnicy zaniechać tej egzekucji.

Oczywiście utkwiło to dobrze w pamięci uratowanego człowieka który w kilka lat potem odwiedził naszą matkę mówiąc: pani Ryżewska pani mi życie uratowała za co serdecznie dziękował matce. Nigdy nie przypuszczałem, że powyższe wydarzenie raz kiedyś mi się przypomni.

Resztki spalonych zwłok rodziny brata zostały zebrane spod spalenizny domu przez ludzi i ułożone zostały do niewielkiej trumny . Pochowanie i pogrzeb rodziny brata odprawił ksiądz Ewaryst Górski przy uczestnictwie niedużej ilości ludzi ale bez naszego udziału. Ksiądz Górski był bardzo sznowanym przez wiernych a nawet ukraincy go szanowali gdyż go nie zabili. Ksiądz ten opowiadał, że często chodził w nocy do kościoła w Dżurkowie i modlił się o lekką śmierć, która go ominęła.

Mój brat był całkowicie ogołocony z odzieży był tylko w koszuli i kalesonach. Jeden z mieszkańców wsi będąc w kuchni palącego się domu wydostał stamtąd parę spodni brata Tadzia i tzrewiki i wręczył mi do moich rak. Tak stojąc przed palącym się domem w tym momencie podeszła do mnie dziewczyna i oznajmiła mi że mój brat Stefan żyje i jest w chałupie Michała Szewczuka tamtejszego polaka i prosił mnie żebym tam przyszedł. Niezwłocznie się udałem do tego mieszkańca wsi, gdzie zastałem brata całkowicie oblanego krwią. Brat mi opowiedział szczegółowo przebieg całego zajścia.

Po pewnym czasie przyjechała ekipa milicji sowieckiej zwana NKWD i zabrali obu nas na sanie i zawieźli nas do Gwoźdzca. Brat jadąc na saniach był przykryty kocem.

10

Obecnie nie pamiętam już dobrze jak brat kupił marynarkę, zaś futro baranie wypożyczył bratu Antoni Wałowski, który nam po tym nieszczęściu wspomagał nas czego potwierdzeniem było iż razem wyjechaliśmy w jednym wagonie na Ziemie Odzyskane i zamieszkaliśmy w Trzciance. Po jakimś czasie nasz gospodarz wraz ze swoją chorą żoną wyprowadził się do Złotoryi, gdzie byli osiedleni jego zdemobilizowani dwaj synowie , którzy tam założyli swe rodziny. Antoni Wałowski był w Rosochaczu pierwszym gospodarzem rolnym w wyniku swej przedsiębiorczości i pracowitości .Po przybyciu na Ziemie Odzyskane pogrążył się w nałóg pijaństwa jakby ze żalu i smutku że go zdjęto z gospodarki jako kułaki, który włożył wiele wysiłku i trudu w rozwój tej gospodarki. Psychicznie się załamał z szkoda było tego wartościowego człowieka.

Po tym napadzie razem z bratem zamieszkaliśmy w jednej z cel w klasztorze Bernardynów w Gwoźdzcu , bo inni mieszkańcy tego miasta bali się nas zakwaterować. Antoni Wałowski często nas odwiedzał w celi przynosząc butelkę mocnej samogonki. Tą wódką częstowaliśmy jednego z księży zakonnych który lubiał wypić gorzałę z bimbru. Ten zakonnik był okazałej postaci i przez pewien okres był przełożonym klasztoru gwardianem był już w podeszłym wieku.

W klasztorze mieszkaliśmy z bratem od listopada 1944 roku do dnia 13- go maja 1945 roku w cztery dni po zakończeniu wojny szykowaliśmy się do wyjazdu transportem kolejowym do Polski obierając Poznań jako miejsce przyszłego stałego zamieszkania. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego , że jedziemy na Ziemie Odzyskane świeżo zdobyte na niemcach a nie do Poznania , który nie posiadał miejsc dla przesiedleńców z kresów wschodnich.

Ja osobiście pragnałem za wszelka cenę wyjechac od tego porządku i ludzi co do których żywiłem lęk i obawy. Bowiem żyło się tam pod strachem więzienia lub zsyłki na Sybir. Powyższe dotyczyło ludzi którzy w jakiś sposób współpracowali z Niemcami. Mnie te zarzuty nie dotyczyły, gdyż w okresie okupacji niemieckiej pracowałem fizycznie w gospodarstwie mego brata Stefana a w okresie letnim pasłem bydło. Ale mój brat był w czasie okupacji lekarzem kasy chorych więc nie był lubiany przez władze sowieckie i mile widziany. Utwierdzało to w moim przekonaniu nast. Zdarzenie : Razem z bratem chodziliśmy do pracy w Gwoźdżcu 7 km pieszo w jedną stroną . Kiedyś brat zpóźnił się do pracy około od 10 do 15 minut za co otrzymał ostrzeżenie ogłoszone na tablicy.

Innym razem za zebraniu związku zawodowego służby zdrowia / medsantrud/ został skrytykowany przez jedną z med sestr pielęgniarkę za to,że badając chorego nie siedział obok chorego

11

na tyfus plamisty na co brat wyjaśnił, iż nie mógł siadać na łóżko chorego bo po chorym łaziły wszy. Po tej wypowiedzi padł zarzut że bratu nie podoba się Związek Radziecki. Temu zarzutowi zaprzeczył tłumacząc się że ma żonę i troje dzieci dla których chciał żyć a nie umierać na niechybna śmierć tyfusową.

Ciężko się żyło memu bratu po stracie swej rodziny na domiar złego nieraz się jemu wydawało że wśród zgłaszających się pacjentów zjawiali się również napastnicy. W takich momentach był bardzo zdenerwowany i przybiegał do mojego pokoju mówiąc mi że odwiedził go jeden z bandytów, który mógł być bardzo podobnym do napastników. Poza tym wiele razy brat Stefan był wysyłany w teren bez należytej ochrony milicyjnej do przeprowadzenia sekcji zwłok zabitych przez terrorystów mieszkańców wsi. Przed odbyciem takich wyjazdów w teren często żegnaliśmy się z bratem a następnie cieszyliśmy się i radowaliśmy się po szczęśliwie wykonanym zleceniu służbowym.

W opisanych okolicznościach nieraz brat podejrzewał iż zlecając jemu niebezpieczne podróże bez konwoju władze sowieckie pragnęły się go pozbyć. Opiszę jeszcze wydarzenie, które opisał i opowiedział mój brat. Jednego razu był on wezwany do stawienia się w NKWD czy NKGB idąc z polikliniki krótszą drogą przez ogrody w pewnym momencie między słonecznikami zobaczył głowę naczelnika NKGB / Nababikina/ intuicyjnie wycofał się z tego miejsca dopatrując się w tym spotkaniu jakby zasadzkę ze strony szefa bezpieki.

Należy wspomnieć że pracownicy wymiaru sprawiedliwości sędziowie i prokuratorzy chodzili w mundurach wojskowych przy każdym z nich na tyłkach dyndał nagan, który nadawał im wygląd oprawców.

Ten ich wygląd robił na mnie wrażenie jakby każdy z nich przy pomocy zwisających naganów dokonał fizycznej likwidacji sporej liczby kontrrewolucjonistów lub osób politycznie niepewnych . Te i podobne myśli wytwarzały lęk i niepokój, które upokarzały godność i osobowość ludzką. Podpaść pod sankcje było bardzo łatwo wystarczało głośno oskarżyć kogoś o współpracę z okupantem niemieckim i już się znalazłeś w więzieniu w którym panowała epidemia tyfusu która mocno przerzedzała grono więźniów politycznych przed wyznaczona rozprawą sądową. Taka była rzeczywistość która niejednego i mnie również napawała zgrozą. To uczucie nie ustąpiło ze mnie nawet po osiedleniu się na Ziemiach Odzyskanych bowiem zawsze pamiętałem o istnieniu w państwie socjalistycznym walce z wyzyskiem klasowym wroga do którego i mnie można zaliczyć jako że byłem magistrem praw wychowanym na teoriach kapitalistycznych.

12

W pracy zawodowej, którą wykonywałem w aparacie finansowym nie zrobiłem kariery na stanowisku kier. Wydziału Finansowego byłem zastępcą tegoż wydziału finansowego a jednocześnie byłem kierownikiem referatu dochodów państwowym.

Prowadzona polityka w aparacie finansowym była dostosowana do politycznego programu PZPR a więc uciążliwymi podatkami likwidowano rzemiosło , drobny przemysł i prywatny handel. W ten sposób zakładano, że uspołecznienie podanych zarobkowych działalności przyczyni się do lepszego udogodnienia życia poprzez lepszej jakości usługi oraz eliminuje z życia społeczno-gospodarczego wyzysk człowieka przez człowieka. Oczywiście założenia te można uznać za propagandowy szyld bez pokrycia w życiu codziennym.

W początkowym okresie państwowości polskiej w polityce podatkowej nie przebierano w środkach głównym celem było uspołecznienie środków produkcji do których zaliczano młyny gospodarcze, piekarnie i masarnie. Uspołecznione młyny gospodarcze, których w byłym powiecie strzelecko- krainskim było ponad 20 uległy z czasem fizycznej likwidacji obecnie ich znajduje się w podanym powiecie około 5 obiektów, 2 piekarnie oraz jeden rzeźnik.

W/g mego odczucia wprowadzone sposobem administracyjnym i uciążliwymi podatkami uspołecznienie prywatnego rzemiosła,drobnej wytwórczości i handlu nie przyniosło radykalnej poprawy jakości produkowanego pieczywa i przetworów mięsnych oraz jakości świadczonych usług.

Nadmienić należy, że w działalności uspołecznionych jednostek występowały nadużycia popełniane przez nieuczciwych pracowników. Te nadużycia były dokonywane w postaci przywłaszczania przez nieuczciwych pracowników materiałów, sprzedaży materiałów na własny rachunek nie przestrzegania obowiązujących receptur oraz innych nieprawidłowych praktyk. Wspomniane nieprawidłowości i nadużycia nie były wykrywane przez kontrole aparatu finansowego, gdyż sposób i metody kontrolowania nie były przystosowane do ujawniania tych nadużyć i jedynie wykrywały nieprawidłowości o charakterze formalnym.

W sytuacji występowania niedoboru artykułów mięsnych zatrudnieni w branzy mięsnej pracownicy tacy jak rozwożący mięso stali się ważnymi, gdyż byli świadomi tego jaką rolę i znaczenie wypełniają wobec społeczeństwa okiełzanego normami kartkowymi.

Stojąc nieraz długie godziny w kolejkach mimo woli przychodzi mi na myśl kto w tym wszystkim jest ważniejszy ? Kierownik masarni, prezes spółdzielni, względnie kierowca i konwojent samochodu dowożącego do sklepu mięso i wędliny.

13

W publicznym życiu naszej rzeczywistości nie ma jawności w takim rozumowaniu jak n.p. na jakich warunkach prowadzony jest nasz handel zagraniczny mięsem i przetworami mięsnymi.Bowiem osobiście nie wiem czy powyższy handel jest opłacalny i korzystny dla naszego kraju.Zgodnie z podaną tajemnicą dostosowana jest do tego porządku struktura organizacyjna przedsiębiorstw przemysłu mięsnego , które zarządzają tym przemysłem mięsnym niepodzielnie na szczeblu wojewódzkim jako zakłady mięsne. W początkowym okresie przedsiębiorstwa branży mięsnej działały na szczeblu powiatowym które z czasem uległy likwidacji by osłonić tajemnicą prawdę o rzeczywistej działalności tych przedsiębiorstw.

***

Na tym zapiski- wspomnienia- się kończą, choć nieodparte są wrażenia tych, którzy je czytają, że to jednak nie wszystko, powinien być ciąg dalszy… Gdzie?

Artykuł ten jest pierwszy z cyklu, czekają jeszcze na publikacje inne teksty, równie ciekawe.

Przekazujemy też Państwu jeszcze jeden cenny dokument. Jest to zwykła kartka z zeszytu, na której Tadeusz Ryżewski, brat Kazimierza i Stefana robił notaki związane z zaproszeniem go do szkoły w Różanówku koło Przemyśla, Spotkał się tam z uczniami, by opowiedzieć im o swoich wojennych losach.

Zapraszamy do próby rozczytania tych historycznych zapisków.

Danuta Zych

Małgorzata Nowak