Sfrustrowany Pan Kleks w roli dyrektora sierocińca, dłużące się retrospekcje i zaburzona czasoprzestrzeń ze szczyptą współczesności.

Ekranizacja znakomitej wielowarstwowej powieści – to nie lada wyzwanie, którego podjął się Borys Lankosz, już nie taki młody reżyser filmowy, znany wcześniej głównie z „Rewersu” i „Ziarna prawdy” (też ekranizacja powieściowa), zdecydowanie lepiej udały się niż „Ciemno prawie noc”.

Świetna obsada, głośna reklama, dobry marketing kusiły, wabiły, przyciągały: Jerzy Trela, Piotr Fronczewski, Marcin Dorociński, Magdalena Cielecka, Agata Buzek, Roma Gosiąrowska, Maria Waszkiewicz, Aleksandra Konieczna. Czy mogło być lepiej? Mogło! Nawet najlepsi aktorzy nie udźwignęli słabo opracowanego scenariusza, opartego głównie na książce. W dialogi aktorów wkradła się sztuczność spowodowana głównie baśniowym zapisem Bator, balansującym na granicy jawy i snu. Mistrzyni pióra nagrodzona prestiżową nagrodą NIKE doskonale wyważyła klimat Wałbrzycha, było ciemno, czarno, mroczno, ale bez przesady. Realizm magiczny utkany z kociar i kotojadów w książce oddawał dziwny i tajemniczy klimat, jednak w filmie wszędobylskie pomrukujące koty w ludzkim ciele zdawały się być czymś w rodzaju postaci „Opowieści z Narnii”, gdzie główna bohaterka, Łucja, po przejściu przez szafę spotkała Fauna, pół człowieka, pół kozła. A przecież w książce Joanny Bator kociary mogły, po prostu, ulec imaginacji, ale schemat jest taki sam: dziwne postacie pół ludzkie, pół zwierzęce pomagały rozpleść zamotane wątki.

Co do samego Wałbrzycha, przedstawiono to miasto jako skupiające całą polską patologię, choć czy tak dziś wygląda patologia? Brudne paznokcie, czarne zęby, potargane włosy i śmierdzące kipy w popielniczce z lalki barbie (wymowny rekwizyt). Przerysowane zjawisko dewiacji społecznej również wprowadza swego rodzaju pretensjonalność oraz przenosi widza w czasie do początku ubiegłej epoki, niczym rycerze z filmu „Goście, goście”, przybywający do współczesności z czarnymi zębami i dziwnymi manierami (albo ich brakiem).

Roma Gosiąrowska w roli matki Andżeliki nie spisała się, przerysowana, nie tylko w zakresie charakteryzacji, ale przede wszystkim w nadmiarze mimiki twarzy, bardzo – znowu – sztuczna i pełną wątpliwości. Udaje emocje tak kiepsko, jak robią to pseudo aktorzy z seriali paradokumentalnych.


Roma Gosiąrowska w roli matki Andżeliki/ Fot. https://www.telemagazyn.pl

Najprawdziwszą postacią ustawiającą się w kontrze do przerysowanych bohaterów jest mama Alicji, którą zagrała genialna w swoim fachu Agata Buzek. Czysto i bezpretensjonalnie wcieliła się w chorą psychicznie kobietę, która nigdy już nie może być normalna po traumie z przeszłości. Można śmiało przyznać jej miano najlepiej zagranej postaci filmowej „Ciemno prawie noc”.

Trzymanie czytelnika w napięciu, to technika znana głównie od czasów Homera, chodzi oczywiście o retardację, ale czy przeciąganie przysłowiowej struny ma sens? Chaotyczna narracja wprowadzająca nadmiar retrospekcji powoduje, że widz, który nie przeczytał książki, zwyczajnie, zaczyna się gubić. Za dużo bohaterów oprowadza widza po przeszłości, która zdaje się nie mieć końca i kiedy już oglądający zaczynają zapominać wydarzenia dziejące się tu i teraz, Albert przeciąga retrospekcję tak długo, że nie wiadomo już, co dzieje się w świecie rzeczywistym naszych głównych bohaterów i jak połączyć to z zagadkami z przeszłości.

Cały film nabiera nieco groteskowego wymiaru, gdy Alicja Tabor przybywa do sierocińca, w którym dyrektorem jest kultowa postać kojarząca się głównie z Panem Kleksem. Czy wmanewrowanie Piotra Fronczewskiego w wątek skupiska dzieci był celowym zabiegiem Lankosza? Pan Kleks 35 lat później, rozczarowany dyrektor domu dziecka opowiadający niestworzone historie o przemocy w rodzinie, kazirodztwie i Mikołaju mordującym rodziców przesiąkniętych patologią do szpiku kości.


https://kultura.onet.pl/film/wywiady-i-artykuly/wszystkie-kolory-teczy-film-akademia-pana-kleksa-konczy-35-lat/2cdvtnt

Powstaje zgrzyt w czasoprzestrzeni całego filmu. Dlaczego ogrodnik Albert nie wygląda na człowieka, który przeżył w dzieciństwie II wojnę światową? I ile musiała mieć lat matka Alicji wydając ją na świat? Skoro była rówieśniczką Alberta? Alicja dowiadując się, że jej matka żyje odwiedza ją w szpitalu psychiatrycznym, widzi staruszkę siedzącą na wózku inwalidzkim, bohaterka mogłaby być jej prababcią. Ten kontrast budzi spore wątpliwości podobnie jak cała retrospekcyjna narracja Alberta i Waszkiewicza (dyrektora sierocińca). Jedynymi elementami podpowiadającymi, że rzecz dzieje się we współczesności są: tablet, smartfon i samochód Alicji (tu też dziwna sprawa; przyjechała pociągiem, odjeżdżała własnym samochodem).

Gdybym miała polecić ten film komuś, kto zapyta mnie, czy warto na niego pójść, odpowiedziałabym, że warto… tylko po przeczytaniu książki, inaczej można zgubić się w czarnym, czarnym Wałbrzychu i czarnym, czarnym lesie.

Paulina Zych