Kiedy zmarła w listopadzie 1995 roku, na smutnym listopadowym cmentarzu zakwitły kwiaty, przyniesione przez żegnających ją żałobników, także sztuczne, takie, jakie całe życie tworzyła z papieru, wyszywała… Miała zaledwie 72 lata, minęły od pogrzebu 24, a nadal nikt w społeczności Gościmia nie zajął jej miejsca.

Maria Pieluszczak z domu Ogrodnik, rodem z Tuligłowów, sercem i pochodzeniem Polka, odeszła niemal ćwierć wieku temu do niebiańskiej wioski, ale w pamięci mieszkańców obecna jest jeszcze dziś.

Jej Kroniki, pisane ręcznie od czasów, gdy mogła już sobie poświęcić nieco więcej czasu, są zapisem wydarzeń codziennych i nadzwyczajnych. Ale przecież rzucają światło na tę niezwykłą kobietę, która nie tylko dbała o swą rodzinę, najbliższych – to na jej drobnych barkach spoczywała w przenośni i dosłownie cała wieś.

Urodziła się 5. lutego 1923 r. w Tuligłowach, tych co to powiat mają w Rudkach, a województwo we Lwowie. Polska rodzina Ogrodników – Tekla i Feliks ( rodzice Marii) – bo to przecież Polska była. Bieda. W siódmej klasie jedna książka Okno na świat- jejcórka zapamiętała do dziś ten tytuł musiała wystarczyć za wszystkie podręczniki, uczyła się dobrze i z radością, o czym świadczą stopnie na zachowanym i wklejonym do Kroniki świadectwie. Roboty kobiece, rysunki, ćwiczenia cielesne, język ruski – tak nazywały się niektóre z przedmiotów ( rok szkolny 1935/36).

Piękne zdjęcie z koleżanką Zosią Chrąchol – 1942 r. Już pełnoletnie. Wojna. Prace przymusowe u bauera – przy sianie, uśmiechy dziewcząt, świadczą, że mimo wszystko ta ciężka praca nie osłabiła w nich ducha.

Kronika rodzinna państwa Pieluszczaków/ Fot. Danuta Zych.

Czekała z innymi na wywiezienie do Niemiec. Mama przyniosła jej ciepłą kamizelkę, jedzenie, ale córka powiedziała : Mamo, zabierz to wszystko, bo mi będzie ciężko uciekać. Trzykrotnie uciekła z transportu do Rzeszy. Strzelano do niej, na szczęście niecelnie. Okupacja i wojna, i repatriacja do Polski w 1945 roku.

Już w 1946 r. zrobiła wieniec na pierwsze dożynki w Strzelcach Krajeńskich,” Panie gospodarzu, przyjmij ten wieniec”- śpiewała… Niech żyje nasza Polska- powtarzałaczęsto. Znalazła się z rodziną u siebie- tu było jej miejsce na ziemi. Już wtedy była motorem wszystkiego, co działo się w jej wiosce.

Zdjęcie ślubne, wesele Marii i Adama, panna młoda z drużbami i pan młody z druhenkami, po staropolsku. Prowadzeni do ołtarza osobno. Był rok 1947, miała wtedy 24 lata. Mieszkali z całą rodziną najpierw w Goszczanowie, później w Gościmiu.

A potem swym dzieciom już tu, w ukochanym Gościmiu powtarzała :- Dzieci, uczcie się, ja mogę w jednej sukience chodzić.- Do siebie, do Polski, ziemi przodków, śpiewała.

Maria potrafiła wszystko, igła nie stanowiła dla niej żadnej tajemnicy, miała 12 lat, gdy ze spadochronów szyła koszule i wyszywała na nich krzyżykami krajki, jeszcze w Tuligłowach pomagała utrzymać rodzinę. Zespołowi śpiewaczemu, który sama założyła w Gościmiu, ofiarowała 16 pięknie wyszytych gorsetów, niektóre zachowały się do dziś, by cieszyć oczy już czwartego pokolenia. Zresztą całe życie wyszywała i szyła, tkała gobeliny.

Z Tuligłowów wyjechali wszyscy, ci, których nazwiska ma dziś zapisane na pięknie wydanym dokumencie Szkoły w Tuligłowach córka Marii, Stanisława. Polacy. Jest to dla niej tak cenny dokument, że pokazuje go tylko nielicznym.

Adam często wyjeżdżał, taką miał pracę, Maria nie tylko zajmowała się trojgiem dzieci, ale prowadziła gospodarstwo i pracowała społecznie, w domu zawsze było pełno i gwarno.- Pieluszczakowa, szykujcie herbatę, jesteśmy– rozlegało się w progu często. Bez inicjatywy czy obecności Marii we wsi nie odbywało się nic.

Kiedy powołała do życia Koło Gospodyń Wiejskich, czasu było jeszcze mniej, ale nikt nie wyobrażał sobie,że jej tam nie będzie. Była. Powierzono jej funkcję przewodniczącej. Właściwie przewodniczącą, była dożywotnio.

Na białym delikatnie tkanym lnie, pojawiały się coraz gęściej kwiaty, powstawał obrus, duży jak łąka pełna letnich kwiatów, ale nie dokończyła tej swej wymarzonej serwety, podzieliła ją na kosmetyczki, maki, chabry i kąkole wyczarowane cieniowanymi nićmi, do dziś cieszą oczy jej córki, wnuczek, później zapewne i prawnuczek, które są jeszce za małe, by zdawać sobie sprawę, jak cenne dla nich będą to przedmioty. Prace Marii pojawiały się wszędzie, pisanki wysyłała na konkursy, a także do muzeów choćby w Ochli i Zielonej Górze.

Przez niemal pięćdziesiąt lat robiła dożynkowe wieńce, później i szopki;zaczęło się od tego pierwszego w 1946 r. pokazanego w Strzelcach Krajeńskich, przez Dobiegniew, Drezdenko, Pełczyce…wiele miejscowości nie tylko tych pobliskich.

Wiejskie, gminne, rejonowe, wojewódzkie, wszystkie i na każdych jej wieńce, nagradzane, zabierane do kościołów i muzeów.

Wieńce , szopki, jasełka , kwiaty na Wszystkich Świętych, z papieru, klejone i woskowane, by przetrwały, bo przecież listopad, deszczowo i chłodno…

Niestrudzona wszechstronnie uzdolniona- tak ją nazywały gazety ukazujące się w Lubuskiem ( Gazeta Lubuska, Ziemia Gorzowska), przeprowadzano z nią wywiady, jej sylwetkę upowszechniano także wtedy, gdy przekazała zespołom folklorystycznym pieśni i przyśpiewki zapamiętane z dzieciństwa.

Stanisława i Henryk z sentymentem i widocznym wzruszeniem wspominają Boże Narodzenie, do dziś w ich domu śpiewa się kolędy i pastorałki, które Maria,pod okiem ojca, skwapliwie zapisywała. Zebrała ich ponad 150. To tradycja, którą kontynuują po ojcu Marii, Feliksie. Pięknie śpiewał, w okresie Bożego Narodzenia kościół rozbrzmiewał jego głosem, organista sygnalizował kolędę, Feliks ją intonował , a po chwili już dom Boży wypełniały głosy wszystkich radujących się z narodzin Jezusa parafian.

Z worków szarych po paszy zrobiła głazy, z nich grotę do kościoła. Nad nią wypisała frazę: „Wykonało się” , ten jej własnoręcznie wycyzelowany napis do dziś przeczytać można w kościele.

Dla dzieci też miała czas, jej Staś, Stasia i Henio mieli najbardziej zwracające na siebie uwagę kostiumy na balach przebierańców, wszyscy je podziwiali, nawet dorośli, to były: ryba – sum z wąsami, muchomor, zając, a córka zawsze była kwiatem, za każdym razem innym. Te piękne stroje też powstawały z worków, bo przecież w sklepach nie można było nic kupić. Ale mama Czarodziejka dokonywała cudów i dzieci wyglądały, jak postacie z bajki.

Na dorosłych uczestników zabaw i balów też czekały niespodzianki, Maria robiła dla nich nieszablonowe kotyliony, oczywiście były i kapelusze dla mężczyzn, wymyślne i niepowtarzalne kapelusiki dla kobiet, ale małe cacuszka przypinane do ubrań też robiły wrażenie. Bez kotylionów nie byłoby imprezy, taakiej imprezy.

Wycieczki to odrębny rozdział działalności Marii. Dzięki niej i Gromadzie mieszkańcy małej wioski wędrowali po najciekawszych rejonach swej ojczyzny. Gdzież nie byli?! Trudno wymienić wszystkie poznane miejscowości: Grunwald i Rokitno,Warszawa, Kraków, Gdańsk, Bieszczady, Ustrzyki, Solina, Kalwaria Zebrzydowska, Wrocław z Panoramą Racławicką, Oblęgorek, Góry Świętokrzyskie, Wieliczka, Częstochowa, Oświęcim… Tyle, ale przeciez to nie wszystko, bo i morze, i góry, wyżyny i niziny… A także zwyczajny kurs kroju i szycia – tak przecież przydatna umiejętność na wsi.

W 1983 r.- odznaka Zasłużony Działacz Kultury, Złoty Medal Zasługi przyznawany przez wojewodę,

Każda zapałka, którą zapalała gaz musiała być odłożona do specjalnego pojemnika, potem powstała z nich szopka, prawdziwa, podpalana, robiła wrażenie precyzją wykonania, estetyką i tymi zapałkami, które różnie przypalone, układały się w swoisty wzór.

Maria słynęła z tego,że z niczego potrafiła wyczarowć coś pięknego, nic się nie marnowało, to była fasola, często przecinana na pół, ziarna zbóż, słoma, korale i koraliki, kolorowe nitki, wełna, pruła mundury marynarskie męża i szyła z nich ubrania dla dzieci; zawsze o siebie dbała, była elegancka. Uszyła też i wyhaftowała sobie gorsety, jeden z nich ma teraz jej wnuczka, drugi córka. Pierwszy z nich ma prawie sto lat. A wzrusza i zachwyca, kolory nie wyblakły, wszystkie koraliki i haftki są na miejscu, wiek, a wieku po nim nie widać.

Pani Stasia i Pan Henryk uśmiechają się, wspominają , jak w szkole otrzymywali niższe oceny, bo podejrzewano,że w wykonaniu prac plastycznych i na zajęcia techniczne, pomagała mama. A przecież oni napatrzyli się na mamine cudeńka od maleńkości i też potrafili z niczego coś pięknego zrobić. Kiedyś mama wygrywała konkursy ogólnopolskie przed świętami Bożego Narodzenia albo Wielkanocą – wysyłała pisanki, które potem wędrowały do muzeów w całej Polsce. W jej ślady poszedł Henryk, jego córka Paulina, a nawet mały jeszcze wnuczek , noszący po pradziadku, marynarzu Błyskawicy a później Żołnierzu Wyklętym , imię Adam

Ojciec był żołnierzem Andersa– wspomina Henryk- nieraz miałem z tego powodu problemy w szkole, zwłaszcza na lekcjach historii, wiedziałem coś, o czym nauczyciele nie mogli i nie chcieli mówić.

Maria była osobą ciepłą i uśmiechniętą, trudno ją było wyprowadzić z równowagi. Pięknie rysowała, zwłaszcza konie, Henryk pochyla głowę wzruszony

-Ja też rysuję konie – mówi zadumany. Robi się cicho. Żyła krótko. Zmarła w listopadzie, była jeszcze na dożynkach jesienią…

Maria!

Kobieta, która potrafiła wszystko. Zdjęcia i zapisy w Kronice prowadzonej niemal do końca życia , ukazują osobę, która nie tylko założyła Koło Gospodyń Wiejskich, ale musiała uczestniczyć we wszystkich jego przedsięwzięciach, bo bez niej… Bez niej nie byłoby wieńców, które wygrywały konkursy, bez niej nie byłoby pięknych szopek i strojów ręcznie wyszywanych, ale i pieśni, które uratowała od zapomnienia, bez niej nie byłoby niezwykłej wsi, w której ludzie potrafią się nawzajem cenić i integrować. Śpiewała całe życie, wokół niej też wszystko śpiewało, a każda praca paliła jej się w rękach. Krowa musiała być, bo krowa to i mleko, masło, zupa mleczna dla dzieci i ser, to była sytość i pewność, że głód nie grozi.

Prosta kobieta ze wsi, mądra mądrością ludu, pani Maria. Cóż znaczy prosta?!

Pani Stanisławie Nowak i Panu Henrykowi Pieluszczakowi serdecznie dziękujemy za interesującą rozmowę i udostępnienie rodzinnych, bliskich sercu wspomnień i pamiątek.

O Pani Marii Pieluszczak trzeba mówić i o niej pamiętać, wróciła wraz z Ziemiami Odzyskanymi do Macierzy i stała się solą tej ziemi. Naszej. Najbliższej nam Małej Ojczyzny.

Danuta Zych, Leszek Zając

Fot. Paweł Zych