Szukaj mnie, bo sama nie wiem już, bo nie wiem kiedy, sama się odnajdę.

Jestem pewna, że każdy z Was przeczytał śpiewająco powyższą frazę – wcale mnie to nie dziwi, gdyż pierwsza część kultowego „Kogla-Mogla” nieodłącznie kojarzy się z piosenką Edyty Geppert.

Czekałam na ten film ponad rok odkąd dowiedziałam się, że Łepkowska postanowiła wskrzesić Katarzynę Zawadę – niegdyś Solską. Kasia, młoda, ambitna kandydatka na studentkę pedagogiki o subtelnej słowiańskiej urodzie dała kosza Staszkowi Kolasie i opuściła rodzinną wieś na rzecz studiów pedagogicznych w Warszawie. Zupełnie przez przypadek trafiła do mieszkania swojego przyszłego profesora jako opiekunka małego i jakże niesfornego Piotrusia. Profesor Wolański darzył Kasię ogromną sympatią, ale nigdy nie doszło między nimi do poważnej sceny erotycznej, choć było blisko, gdy obudzili się w jednym łóżku nie wiedząc o swoim istnieniu! Druga część „Kogla-Mogla”, a właściwie „Galimatias” kończy się ciążą młodej Kasi i cała kariera naukowa stanęła pod wielkim znakiem zapytania. Widzowie pogodzili się z tym, że do kanonu kultowych filmów trafiły dwie części, a do języka najzabawniejsze frazy typu: „Marian, tu jest jakby luksusowo”, „cielęcinka dla Pusi”, „łazienka jest, a jakże, czemu miałoby nie być”.

Byłam pełna obaw widząc w zajawce obsadę: Anna Mucha, Aleksandra Hamkało, Maciej Zakościelny, czy Nikodem Rozbicki. Pomyślałam sobie: „co tu robią szablonowi aktorzy z telenowel obok klasyków polskiego kina?!”. Może producenci powinni dać szansę nowym nieznanym aktorom, dla których ten film mógł być wielką szansą, poza tym, z perspektywy widza, to trochę tak, jakby obok portretu Vivaldiego stał Zenon Martyniuk (on też znalazł swoją rolę w III części). Jednak kiedy już zgasła ostatnia reklama i Ewa Kasprzyk zaprosiła widzów na „luksusowy seans”, a ja z trudem znalazłam w sali wolne miejsce postanowiłam, że jeśli coś pójdzie nie tak, potraktuję ten film nie jak III część kultowego filmu, a po prostu współczesną komedię. Najważniejsze, że po ekranie nie pałętał się Karolak. Prawie wszystkie fotele zajmowała widownia składająca się ze starszego pokolenia, wszak losy Kasi Zawady stanęły w martwym punkcie 30 lat temu!

Ewa Kasprzyk niewiele się zmieniła, wciąż elegancka i „jakby” pewna siebie kobieta sukcesu, tym razem autorka książki o kobiecym punkcie G. Nadal żona profesora Wolańskiego, choć przecież II część skończyła się niezbyt łaskawie dla niego, gdyż Wolańska nakryła go na adoracji młodej i pięknej Pauliny odzianej tylko w bikini, przechadzającej się po szklarni Pawła Zawady. Widocznie przebaczyła Marianowi. U Kasi za to diametralne zmiany w życiorysie: rozwódka i matka nieokiełznanego syna – plantatora marihuany, właściciela dyskoteki.

Losy Kasi i Mariana znowu przecinają się, ale tym razem nie w Grabowie, lecz w Brzózce. Jednak na pierwszy plan wysunięto młode pokolenie, a więc Agnieszkę (córka Wolańskiego) i Marcina (syna Kasi), którzy zakochują się w sobie. W postać Marcina wcielił się Nikodem Rozbicki i godnie naśladował nieżyjącego aktora Dariusza Siatkowskiego. Nawet w podobny sposób chodził po plantacji marihuany, przywiezionej z Holandii. To przecież tam filmowy Paweł kupił swojej żonie Kasi piękne białe obcasy. Rozbicki świetnie zagrał syna Pawła Zawady, nawet wizualnie wszystko tu zagrało.

A co z Kasią? Na sali rozbrzmiało wielkie „oooooooo”, gdy widzowie zobaczyli Kasię Zawadę – pędzącą na rowerze panią dyrektor szkoły podstawowej w Brzózce. Nie zabrakło w tej scenie Staszka Kolasy (ten sam aktor) starego dziwaka i kolekcjonera krasnali, nadal obrzydliwie zakochanego w Kasi. Skąd krasnale w jego ogródku? Równie dobrze możemy się zastanawiać, skąd w II części wziął pomysł na hodowanie robaków. Jak widać, Staszek zawsze miał dziwne pomysły.

Co do całości, niestety jest wiele zarzutów: nie ma wartkiej fabuły, wszystko – mówiąc potocznie – rozjeżdża się, właściwie nie wiemy, o co chodziło Łepkowskiej? Co było motywem przewodnim III części? Skrywana miłość, która zawsze gdzieś żyła w sercu Wolańskiego? Może gdyby ten wątek wysunięto na pierwszy plan, cały film zyskałby blask dawnego klimatu, ale tamte czasy już przeminęły, teraz króluje kicz, blichtr i Zenek Martyniuk. Oglądaniu towarzyszyło nieodparte uczucie, że sceny są powycinane, że czegoś brakuje. Tworzy się zupełny chaos, a nawet rzekłabym – miszmasz. Jak się później okazało, Anna Mucha napisała, że faktycznie wycięto niektóre sceny, np. tę, w której uwodzi skutecznie młodego Zawadę.

Za mało Kasi Zawady i Mariana Wolańskiego, a za dużo kiczu i sztampy, ale czy współczesność właśnie taka nie jest? Na otarcie łez tuż po ostatniej scenie rozbrzmiała piosenka „Szukaj mnie” – nowa wersja w wykonaniu Ani Rusowicz i Sławka Uniatowskiego. Trzeba przyznać – piosenka nadrobiła straty w filmie i dopiero na koniec oddała klimat tamtego PRL-owskiego „Kogla-Mogla”.

Paulina Zych